Zbigniew Pannert, prezes Sądu Apelacyjnego w Białymstoku, w stanie wojennym był prokuratorem „dyspozycyjnym” wobec PRL-owskich władz. To po jego aktach oskarżenia skazano Lecha Kraszewskiego i Ryszarda Szczęsnego, działaczy „Solidarności”.
 |
| Zbigniew Pannert w stanie wojennym oskarżał w dwóch sprawach politycznych: - przeciwko Lechowi Kraszewskiemu, który w stanie nietrzeźwym próbował na płocie w Knyszynie wywiesić ulotkę - kartkę papieru wyrwaną z zeszytu, z hasłem napisanym ołówkiem - przeciwko Ryszardowi Szczęsnemu, który na ul. Lipowej w Białymstoku wywiesił flagę „Solidarności” Oba zdarzenia uznał za czyny o znacznym stopniu społecznego niebezpieczeństwa. |
Tak wynika z lektury akt dostępnych w Instytucie Pamięci Narodowej. Zbigniew Pannert działał bowiem zgodnie z obowiązującym wówczas, choć krzywdzącym dla zwykłych obywateli, prawem.
- Żadna władza mi dyrektyw nie wydawała. Jeżeli byłem dyspozycyjny to dlatego, że znajdowałem się w określonym świecie prawa, które wówczas obowiązywało. Wtedy moim obowiązkiem było realizowanie tego prawa - mówi sędzia Pannert. - Nie byłem bohaterem i nie twierdzę, że nim byłem. Ale starałem się zachowywać przyzwoicie.
Za aprobatą szefa
Najwięcej mogliby na ten temat powiedzieć dwaj skazani po prowadzonych przez Zbigniewa Pannerta śledztwach. Niestety, jeden z nich nie żyje, drugi od wielu lat przebywa za granicą. Zostały tylko akta. Wynika z nich, że młody, 31-letni wówczas prokurator gorliwie wypełniał dyrektywy władz PRL. Próbę wywieszenia przez Lecha Kraszewskiego ulotki uznał on za kontynuację działalności Kraszewskiego w „Solidarności”, a za to groziły bardzo wysokie kary. Nie przekonał go nawet fakt, że oskarżony był wtedy nietrzeźwy. Domagał się kary trzech lat pozbawienia wolności i pozbawienia praw publicznych. Na tyle też skazał go sąd. Półtora roku później Kraszewskiego warunkowo zwolniono z więzienia, a w 1990 r. podczas rewizji nadzwyczajnej został on uniewinniony. „To nie była kontynuacja działalności związkowej” - orzekł wówczas niezależny sąd.
Zbigniew Pannert pamięta sprawę Kraszewskiego. Podkreśla, że nie wygłosił mowy oskarżycielskiej, a podczas rozprawy prawie się nie odzywał.
- Poza tym byłem objęty tzw. aprobatą, tak jak wszyscy młodzi prokuratorzy. To szef decydował, czy miałem prawidłową koncepcję załatwienia sprawy - tłumaczy.
Nie pamięta natomiast, żeby prowadził sprawę przeciwko Ryszardowi Szczęsnemu. Przypomina sobie tylko, że odczytywał mu zarzuty. Z akt wynika jednak, że to właśnie obecny sędzia napisał akt oskarżenia. Wywieszenie przez Szczęsnego flagi „Solidarności” także, według niego, oznaczało „znaczny stopień społecznego niebezpieczeństwa” oraz prowadzenie działalności związkowej. Już wtedy rozpatrujący sprawę sąd uznał to za przesadę i zmniejszył karę.
Czy Zbigniew Pannert mógł się zachować inaczej?
- Mogłem być bohaterem i powiedzieć: jestem sympatykiem opozycji, ja was nie kocham, ja was lekceważę, ja was mam w wielkim poważaniu. Do więzienia by mnie nie wsadzili, raczej wywalili ze służby. Pewnie moją żonę, sędzię, też by zwolnili. Taka ostentacja z mojej strony mogła być też przeszkodą w dalszej karierze zawodowej - tłumaczy obecny prezes Sądu Apelacyjnego. Podkreśla, że był młody i zestresowany sytuacją, w jakiej się znalazł. - Ale starałem się zachować przyzwoitość.
Wystarczała przyzwoitość
Józef Lubieniecki, adwokat z Olsztyna, który w stanie wojennym był sędzią i za wspieranie „Solidarności” został aresztowany, jest przekonany, że godnie zachowywali się wówczas nie tylko bohaterowie:
- Znałem prokuratora, który podczas rozprawy wygłosił mowę oskarżycielską. Była to najlepsza mowa obrończa, jaką w życiu słyszałem! Naprawdę, nie potrzebne było wówczas bohaterstwo, wystarczała zwykła przyzwoitość.
Gazewta Współczesna, Białystok |
|
Czytaj całość
|
|
Sędziowska ośmiornica w BIAŁYMSTOKU |
|
|
|
PODOBNIE JEST W CAŁEJ POLSCE
Na 28 sędziów apelacyjnych w Białymstoku 13 ma dziecko lub krewnego w sądzie, a niektórzy aż po dwie osoby
W takich układach przychodzi toczyć zażarte boje Leszkowi Bublowi. Dlatego też wszczęte zostały trudne do realizacji starania o wyłączenie białostockiego sądu i przekazanie sprawy do innego miasta.
Rodzinne układy sędziowskie jak ośmiornica skupiają władzę i powodują, że dwuinstancyjny system sądowniczy jest tylko kpina z poszkodowanego. Czy można oczekiwać, że tatuś Zbigniew Dziewulski Prezes Sądu Okręgowego w Krośnie odrzuci „wypociny” swojego syna, który pracuje w Sądzie Rejonowym w Sanoku?
Zależności, zobowiązania i układy przechodzą z ojca na syna i kolejnych członków rodziny - teraz już mafijnej... a takich rodzinnych powiązań w każdym mieście jest sporo..
Zadzwonił informator. - Zdradzę pani tajemnicę - mówi przez słuchawkę męski głos. - To tajemnica, o której wszyscy wiedzą.
Umawiamy się na mieście, bo choć nie podał nazwiska zapewniał, że warto porozmawiać. Twarz wydaje się znajoma. Mignęła mi kilka razy na sądowych korytarzach. - Radca, mecenas? - próbuję sobie przypomnieć.
- Piszecie w „Porannym” o tym, że adwokatami zostają dzieci adwokatów, a czemu nie napisaliście, co dzieje się w sądzie? - przechodzi do rzeczy. - W Białymstoku sądzą już całe rodziny, bo od lat skąpe etaty, które dostaje białostocki sąd, obsadzane są krewnymi sędziów.
Dzieci sędziów są tak zdolne, że zawsze są pierwsze na listach aplikantów, którzy się dostali. Potem są najlepsze, kiedy zdają egzamin sędziowski. Ma pani notes?
Jak się zostaje sędzią?
- Dzieci w sądzie mają sędziowie: Kaluta, Dąbrowska, Kałużna, Pannert, nazwisko prezesa apelacji pani zna - uśmiecha się. - Podaję nazwiska tylko sędziów apelacyjnych, wyżej być już w Białymstoku nie można.
- Mało? - pyta. - No to dalej: sędziowie Danielewicz, Głos, Szerel. Mają takie zdolne dzieci, że wszystkie zdały bardzo dobrze egzamin sędziowski. Potem znalazły się im miejsca na asesurze, w końcu etat. A zdają, a jakże, w Białymstoku przed komisją sędziów sądu apelacyjnego. Mama się wyłącza, jak zdaje córka, ale na sali pozostają jej koledzy.
- Niech pan mówi dalej - zachęcam.
- Nie tylko etaty sędziowskie przypadają krewnym. Między dzieci z sędziowskiej branży rozdzielono też jedyne dwa etaty asystenta sędziego, które dostał Białystok. W 2003 roku otrzymali je synowie: sędziego Sądu Apelacyjnego i znanego białostockiego prawnika - dodaje.
Na twarzy informatora złośliwy uśmieszek. - Chce pani wiedzieć, jak zostaje się sędzią z poparcia klanu? Rodzynkiem jest aplikacja etatowa - zaczyna. - Nie dość, że uczysz się za darmo, to jeszcze ci płacą. I najczęściej dziecko sędziego na taki rodzynek trafia, bo zdaje po mistrzowsku egzamin na aplikację sędziowską, którą przeprowadza Sąd Okręgowy. Dziecię sędziego jest pierwsze, drugie na liście. Za nim długo, długo nic i dalej reszta młodych naiwnych, którzy myślą, że się nauczyli to im się uda.
- Aha, przypomniałem sobie jeszcze parę nazwisk... - i tu padają kolejne.
Gabinet prezesa
- Czy pani chce, żeby dzieci sędziów skończyły jako sprzątaczki - dziwi się prezes białostockiej apelacji Janusz Dubij.
- Zdolni zdają na piątki i zostają przyjęci. O jakim złym odczuciu społecznym pani mówi? Złe odczucie ma pewnie tylko kilku redaktorów, a czasy sędziów z rekomendacji partii dawno minęły. To co, mamy przyjmować z ulicy? - pyta prezes.
Prezes podaje reguły gry: komisja egzaminująca przyszłego sędziego, który przez trzy lata uczył się dzielnie na aplikacji, składa się z ośmiu sędziów Sądu Apelacyjnego i jednego przedstawiciela ministerstwa, więc jest osoba z zewnątrz. Pytania na egzamin układane są centralnie. Egzamin odbywa się w tym samym dniu w całym kraju. Do Białegostoku pytania przychodzą w dniu egzaminu, albo dzień wcześniej, żeby członkowie komisji mogli się przygotować.
- Nie od prezesa czy wiceprezesa zależy, kto dostaje etat. Na wolne stanowiska sędziowskie, o których informuje minister sprawiedliwości w ogłoszeniu w Monitorze Polskim, ubiegają się kandydaci z całego kraju. To jest konkurs. Niekiedy na jedno miejsce przypada kilku, a zdarzyło się, że nawet pięciu kandydatów. Opiniują je zgromadzenia sędziów, potem lista wszystkich kandydatów trafia do Krajowej Rady Sądownictwa. Ona decyduje, kto zostanie przedstawiony prezydentowi - mówi Dubij.
Ale prezes nie ukrywa, że największe szanse mają te osoby, które są znane zgromadzeniu, czyli ludzie stąd.
Nie uważa, żeby Kowalski, który dostał wyrok, z którego jest niezadowolony, miał mniejsze szanse na uchylenie orzeczenia, bo wydała je np. córka prezesa apelacji lub syn lub córka pani wiceprezes apelacji. - Odnoszę wrażenie, że pomieszaliście i poplątaliście niezawisłość i niezależność. Niby dlaczego błędny wyrok ma się utrzymać, bo wydało go dziecko sędziego? To bzdura! - oburza się prezes Dubij.
- Panie prezesie, ja wiem, że to trudne pytania - próbuję łagodzić.
- One nie są trudne, one są po prostu bez sensu - odpowiada prezes. - Publikując zbyt ogólne sądy czwarta władza podważa autorytet wymiaru sprawiedliwości - kończy.
W kancelariach adwokackich
- Na 28 sędziów apelacyjnych w Białymstoku 13 ma dziecko lub krewnego w sądzie, a niektórzy aż po dwie osoby? - pan mecenas K. jest zaskoczony. Pod ręką kalkulator, więc zaczyna liczyć. - No tak, odsetek krewnych niezły - mówi i zaraz dodaje: - Tego się nie uniknie. Są rodziny adwokatów, lekarzy, są też i sędziowskie. Dzieci sędziów mogą nawet sądzić lepiej, bo nabrały ogłady, której brakowało w domu dzieciom z innej warstwy - uważa mecenas K. Jemu dziecko sędziego w todze nie przeszkadza, choć dostrzega i złe strony. Takich sędziów jest gorzej dyscyplinować do pracy. Przełożeni nie zwracają im zbyt często uwagi, bo się boją mamy i taty z apelacji. Takie dziecko szybciej awansuje: dostanie nominację z asesora na sędziego, z sędziego rejonówki na ... itd. Jest jeszcze drugie dno. Sędziowie też walczą o stanowiska, głosują nad tym, kto powinien dostać nominacje wyżej, udzielają poparcia dla kandydatów na prezesów. Dlatego także w sądzie tworzą się frakcje, więc w czasie zgromadzenia sędziowskiego syn zawsze odda głos na mamę i tatę.
Kurier Poranny Białystok
Słynna już sędzia Beata Wołosik z Sądu Rejonowego z Białymstoku także może się pochwalić rodzinnym układem. Jej mąż - Sławomir Wołosik jest sędzią VIII Wydziału Karnego Sądu Okręgowego w Białymstoku. Prosimy o więcej informacji o podobnych nepotycznych układach w białstockich sądach i prokuraturach.
| Sędziowie Sądu Apelacyjnego w Białymstoku |
1. Zygmunt Kaluta - sędzia córka i synowa
2. Anna Dąbrowska, wiceprezes - sędzia syn i córka, synowa kuratorem zawodowym
3. Władysława Prusator-Kałużna - sędzia syn
4. Jadwiga Żywolewska-Ławniczak - sędzia bratanek
5. Zbigniew Pannert - asesor syn
6. Mariola Pannert (małżonkowie) - asesor syn
7. Alicja Wojno-Gąsowska - sędzia synowa
8. Janusz Dubij - prezes sędzia córka
9. Irena Kujawa (na emeryturze) - sędzia syn
10. Edward Głos - sędzia syn, sędzia synowa
11. Janina Domańska - Szerel - sędzia córka
12. Andrzej Czapka - aplikat syn
13. Edyta Danielewicz - sędzia córka |
|
|
Czytaj całość
|
|
WNIOSEK OBROŃCY o WYŁĄCZENIE Sędzi Sądu Rejonowego, Beaty Wołosik |
|
|
|
|
Warszawa, dnia 26.06. 2009 r.
Adw. prof. dr hab.
Piotr Kruszyński
Kancelaria Adwokacka
ul. Hoża 34 m. 2
00-516 Warszawa
obrońca oskarżonego
Leszka Bubla
Sąd Rejonowy
XV Wydział Karny
ul. Mickiewicza 103
15-950 Warszawa
sygn. akt: III K 1340/07
WNIOSEK OBROŃCY o WYŁĄCZENIE
Sędzi Sądu Rejonowego,
Beaty Wołosik
od prowadzenia sprawy o sygn. akt: III K 1340/07
Na mocy art. 41 § 1 k.p.k. i art. 42 § 1 k.p.k. wnoszę o wyłączenie Sędzi Beaty Wołosik od rozpoznania sprawy, sygn. akt: III K 1340/07, w której reprezentuję interes oskarżonego Leszka Bubla. |
|
|
Czytaj całość
|
|
SĘDZIA BEATA WOŁOSIK W SĄDZIE REJONOWYM
W BIAŁYMSTOKU MA GDZIEŚ OBOWIĄZUJĄCE PROCEDURY. ŁAMIE PODSTAWOWE PRAWA DO OBRONY
RELACJA KOLEJNEGO DNIA
PROCESU w Sądzie Rejonowym w Białymstoku
29 czerwiec 2009r.
 |
| |
Prowadząca rozprawę sędzia Beata Wołosik otwierając ją poinformowała iż, oddala wniosek złożony przez mojego obrońcę w formie pisemnej, wysłany do akt dwa tygodnie wcześniej o utrwalenie przebiegu rozprawy w formie elektronicznej. Tym samym, oddala również mój zgłoszony ustnie chwilę wcześniej, podczas sprawdzania obecności. Wykorzystałem jedyną ku temu okazję aby zabrać na chwilę głos, ponieważ na poprzedniej rozprawie, w której uczestniczyłem w dniu 29 maja 2009r. sędzia Wołosik uniemożliwiła zabranie głosu przez 4 godziny rozprawy mojemu obrońcy, który zamierzał zgłosić wnioski.
Na rozprawę w charakterze świadka, powołanego z urzędu, stawił się Bolesław Szenicer prezes "Gminy Starozakonnych RP" i fundator "Fundacji Cmentarza Żydowskiego Gęsia" Po odczytaniu przez przewodniczącą sędzię Beatę Wołosik kolejnych artykułów z pisma "NACJONALISTA", wyrażał o nich swoje opinie. Warto dodać, iż p. Szenicer mówi o sobie, że jest z dziada pradziada polskim Żydem wyznania mojżeszowego, a jego poglądy polityczne są dalekie od prezentowanych na łamach pisma "NACJONALISTA", bowiem dwukrotnie był kandydatem na posła z ramienia lewicowych: Polskiej Partii Socjalistycznej i Polskiej Partii Pracy. Jest człowiekiem niezwykle oczytanym, żywo interesującym się wszystkich co się w Polsce i na świecie dzieje. Jest też wydawcą, redaktorem naczelnym- dziennikarzem m.in. gazety "Głos Gminy Starozakonnych RP". Tylko w ostatnich miesiącach udzielił wielu wywiadów publikowanych w największych w Polsce gazetach, broniąc polskich interesów gospodarczych i politycznych, bowiem sam się określa, iż jest polskich patriotą, dumnym ze swojego żydowskiego pochodzenia.
|
|
Czytaj całość
|
|