|
Warszawa, dnia 14 listopada 2008 r.
Sąd Okręgowy
dla Warszawy – Pragi
II Wydział Cywilny
Al. Solidarności 127
00-898 Warszawa
Powód:
Leszek Bubel
ul. Brzoskwiniowa 13
04-782 Warszawa
Pozwany:
Skarb Państwa
reprezentowany przez:
Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji
ul. Stefana Batorego 5
02-591 Warszawa
wartość przedmiotu sporu: 25 000 zł
POZEW O ODSZKODOWANIE
za straty moralne i finansowe,
poniesione z powodu internowania,
decyzją z dnia 4 września 1982 r.
W związku z art. 2 ust. 1 oraz art. 8 ust. 1 ustawy Sejmu RP z dnia 19 września 2007 r., podpisanej przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i opublikowanej w Dzienniku Ustaw nr 191 poz. 1372, zgodnie z którymi decyzje o internowaniu wydane w związku z wprowadzeniem w dniu 13 grudnia 1981 r. w Polsce stanu wojennego stają się nieważne z mocy prawa z dniem wejścia w życie niniejszej ustawy oraz osobie, wobec której stwierdzono nieważność orzeczenia albo wydano decyzję o internowaniu w związku z wprowadzeniem w dniu 13 grudnia 1981 r. stanu wojennego, przysługuje od Skarbu Państwa odszkodowanie za poniesioną szkodę i zadośćuczynienie za doznaną krzywdę wynikłe z wykonania orzeczenia albo decyzji, wnoszę o odszkodowanie i zadośćuczynienie za poniesione krzywdy wynikłe z decyzji o internowaniu z dnia 4 września 1982 r. w wysokości 25 000 zł., jak przewiduje ww. Ustawa.
Oświadczam, że nigdy nie byłem pracownikiem ani współpracownikiem UB, SB, MO, ZOMO, ORMO lub innych formacji komunistycznych w PRL.
UZASADNIENIE
Ja, Leszek Henryk Bubel, syn Karola, ur. 19 stycznia 1957 r. w Węgrowie czasie działalności opozycyjnej zamieszkały w Warszawie przy ul. Brzoskwiniowej 13, zajmowałem się prowadzeniem działalności na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego, za co spotkały mnie następujące represje.
W wieku 24 lat, w roku 1981, wstąpiłem do NSZZ „Solidarność” Indywidualnego Rzemiosła z siedzibą przy regionie „Mazowsze” przy ul. Mokotowskiej w Warszawie. Prowadziłem już wówczas własną Pracownię Złotniczą w miejscu mojego zamieszkania przy ul. Brzoskwiniowej 13. Rok wcześniej, po kilkuletniej nauce zawodu w pracowni złotniczej przy ul. Nowy Świat w Warszawie i zdaniu egzaminów praktycznych i teoretycznych, otrzymałem dyplom mistrzowski w zawodzie złotniczym. Pracownia złotnicza Feliksa Latoszka w latach ‘70 była jedną z najlepszych w Polsce, a sam jej właściciel był starej daty warszawiakiem, antykomunistą, zaprzyjaźnionym m.in. z Januszem Szpotańskim, Stefanem Wiecheckim czy Kazimierzem Bazarnikiem, często odwiedzającymi naszą pracownię. Jako młody człowiek miałem więc okazję poznać teraz już legendarne wybitne postaci stolicy, ludzi bez skazy, wśród których kształtowała się także moja osobowość. W 1988 roku przyjęty zostałem do cechu Złotników, Zegarmistrzów, Optyków i Brązowników przy ulicy Piekarskiej w Warszawie.
Na kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego zostałem ekspertem w dziedzinie złotnictwa przy NSZZ „Solidarność” Indywidualnego Rzemiosła. Z racji prowadzonej działalności i moich kwalifikacji już od kilku miesięcy produkowałem i bezpłatnie rozprowadzałem symbole związku. W krótkim czasie, jako pierwszy w Polsce wdrożyłem masową produkcję (oprócz typowej zarobkowej produkcji złotniczo-jubilerskiej) wielu wzorów symboli niepodległościowych i patriotycznych, tj. znaczków, miniaturowych ryngrafów, biżuterii z orzełkiem na krzyżu, sygnetów z symbolem Polski Walczącej, szpilek z logiem „Solidarności” itp.
Dowód nr 1: Artykuł o biżuterii patriotycznej.
Swoimi pomysłami zaraziłem też kilka innych pracowni, w tym grawerskich. W krótkim czasie stało się już modą noszenie niepodległościowych symboli, co było widać dosłownie wszędzie. Ówczesny reżim, planując wprowadzenie stanu wojennego i listy osób przeznaczonych do internowania, skupił swoja uwagę na najbardziej znanych i doświadczonych w organizowaniu oporu działaczach politycznych i związkowych. Uszedłem cało z pierwszej fali represji, zdałem sobie jednak sprawę, że dalsza masowa produkcja zakazanych już symboli przyniesie mi duże kłopoty. Dlatego też w krótkim czasie podzieliłem produkcję na oficjalną, przeznaczoną do sprzedaży i produkowaną w mojej pracowni złotniczej, oraz na drugą nielegalną, przeznaczoną do bezpłatnego kolportowania wszelkimi pewnymi kanałami. Większa część tej produkcji wyrabiana była w zakonspirowanej, przerobionej z mieszkania, pracowni w Wesołej pod Warszawą przy ul. Sportowej 30. Pracowało przy tym kilka zaufanych osób, którym płaciłem comiesięczną pensję. Do oficjalnie i legalnie produkowanej biżuterii włączyłem wzornictwo z okresu tzw. czarnej biżuterii, która była wyrabiana po upadku powstania styczniowego. Podczas wielokrotnych rewizji i przesłuchań w SB fakt ten służył mi za argument, iż tego rodzaju produkcja nie ma związku z bieżącymi wydarzeniami politycznymi. Okazałem bogatą dokumentację historyczną, tłumacząc, że inspirację czerpię jedynie z historycznych wzorów z przeznaczeniem dla tysięcy kolekcjonerów staroci. Bezczelnie zawsze im mówiłem „Proszę mi dać na piśmie, że nie wolno produkować wzorów biżuterii historycznej, którą można np. zobaczyć w Muzeum Narodowym”. Pojawienie się dziesiątek wzorów krzyżyków z orzełkami, sygnetów, szpilek, ryngrafów itd. w setkach sklepów całej Polski szybko zaowocowało wizytami SB w mojej pracowni i domu. Była to jednak klasyczna zabawa w „kotka i myszkę”, krew zalewała eSBeków, że nie mogą zakazać rozprowadzania historycznych wzorów, tak wyraźnie kojarzonych z ówczesnymi wydarzeniami politycznymi w Polsce. Aby jednak ukrócić moją działalność postarano się o prowokację.
Musieli się dowiedzieć, iż co tydzień latam samolotem z Warszawy do Wrocławia, gdzie przez 2-3 dni byłem uczestnikiem kursu szlifowania kamieni jubilerskich. Przy okazji tak częstych wizyt we Wrocławiu, jak i na całym Dolnym Śląsku, wykorzystując swoje kontakty handlowe, została wyłoniona grupa osób, które zgodziły się rozprowadzać swoimi kanałami ulotki, symbole niepodległościowe, wspierać powstające radio „Solidarność”. Cyklicznie organizowałem akcje malowania na ścianach antyreżimowych haseł. Podczas jednej z takich akcji na wiosnę 1982 roku w Wałbrzychu omal nie zostałem złapany przez milicję „za rękę”. Skończyło się 48 godzinnym zatrzymaniem i ukaraniem przez kolegium ds. wykroczeń. Na początku września 1982 roku, krótko po słynnych wydarzeniach w Lublinie, zostałem internowany we Wrocławiu i przewieziony do więzienia w Strzelinie, pomimo tego, że na decyzji o internowaniu wpisany został „ośrodek odosobnienia w Nysie”.
Dowód nr 2: Decyzja o internowaniu z dnia 4 września 1982 r.
Zatrzymano mnie podczas lotu samolotem z Warszawy do Wrocławia, gdy SB-ecy, na oczach wielu świadków, pobili mnie, podczas rewizji osobistej. Natychmiast w mojej obronie stanęła stewardesa i przywołany przez nią kapitan samolotu. Wręczył mi on swoją wizytówkę i powiedział „W razie czego za panem będę świadczył ja i cała moja załoga”. Sprawa była na tyle czytelna, że po całym zajściu dostałem od pasażerów burzliwe oklaski. Kapitan do eSBeków powiedział „Dopóki samolot jest w powietrzu to ja tutaj dowodzę i wszyscy mają usiąść na swoich miejscach”. Po wylądowaniu na lotnisku i opuszczeniu samolotu, zostałem natychmiast zatrzymany przez czekających już na mnie milicjantów i dwie osoby ubrane po cywilnemu. Radiowozem przewieziono mnie na Komendę Wojewódzką Milicji Obywatelskiej przy ul. Łąkowej. Podczas kilku przesłuchań, prowadzonych przez osobników ubranych po cywilnemu, bito mnie wielokrotnie pięściami i milicyjną pałką, domagano się ujawnienia moich kontaktów na terenie Wrocławia i całego Dolnego Śląska. Co 2-3 godziny wywlekano mnie z celi i na przemian bito, ubliżano, straszono, po czym na kolejnym przesłuchaniu inni po cywilnemu ubrani osobnicy częstowali papierosami, proponowali kawę i „po dobroci” nakłaniali do złożenia zeznań. Za każdym razem, aż do znudzenia, tłumaczyłem, że moje cotygodniowe przyjazdy do Wrocławia i podróże po Dolnym Śląsku wiążą się jedynie z trwającym kursem i działalnością rzemieślniczą. To wszystko, co im mówiłem i niczego nie chciałem podpisać. Drugiego lub trzeciego dnia przepędzono mnie przez tzw. „ścieżkę zdrowia”. Po obu stronach korytarza stało co najmniej kilkunastu m.in. milicjantów z pałami w rękach, pośrodku ustawione były krzesła. Wypchnięto mnie na korytarz i zmuszono do jego przebiegnięcia. Chroniąc głowę i twarz musiałem przebiec pomiędzy krzesłami, obrywając co chwilę pałą, pięścią, lub kopniakiem. Do dzisiaj mam blizny po tej „ścieżce zdrowia”. W sytuacji gdy miałem świadków wszczętej przez eSBeków bijatyki na pokładzie samolotu, nie mogli mi zarzucić próby jego porwania. Komendant wojewódzki MO we Wrocławiu postanowił mnie internować. Siedząc w celi KW MO wielokrotnie słyszałem odgłosy bicia wielu osób. Wówczas z naszych cel więziennych wydobywał się przeraźliwie smutny i doniosły śpiew piosenki Jacka Kaczmarskiego pt. „Mury”. To nas bardzo umacniało psychicznie, pomimo tego, że do cel wpadali milicjanci z pałami i bili na oślep.
Po kilku dniach, bez udzielenia jakiejkolwiek pomocy medycznej, zostałem przewieziony do więzienia w Strzelinie. Ze względu na zły stan zdrowia niewiele zapamiętałem z tego co się tam działo. Obchodzono się przyzwoicie ze mną i z ok. 30-osobową grupą innych internowanych. Nie wzywano na przesłuchania, nie bito. Doszło jednak do dwóch głodowych protestów, czym zmusiliśmy naczelnika zakładu karnego do otwierania nam cel w ciągu dnia, oraz do tzw. „wypisek”. Na inne żądania , w tym m.in. na kontakt z miejscowym proboszczem, naczelnik nie chciał się zgodzić. Pamiętam, że podczas spacerów osadzeni tam kryminalni więźniowie zawsze nam internowanym bili brawa i bardzo głośno ubliżali komunie.
Podczas wpychania nas do radiowozu na komendzie we Wrocławiu milicjanci nas kopali i bili pałkami. Podczas przejazdu przez ulice Wrocławia udało mi się przez szparę w drzwiach wyrzucić 2-3 grypsy z informacją „Nazywam się Leszek Bubel, zostałem internowany i ciężko pobity. Proszę powiadomić rodzinę Warszawa ul. Brzoskwiniowa 13”. Jak się dowiedziałem, po wyjściu z internowania, wszystkie „grypsy” bardzo szybko dotarły pod wskazany adres w Warszawie. To właśnie anonimowym „listonoszom” zawdzięczam, że nie musiałem czekać do amnestii, aby być zwolnionym z internowania, bowiem rodzina, a przede wszystkim moja matka i jej drugi mąż (będący bezpartyjnym emerytowanym wówczas pułkownikiem WP – lotnikiem) stawali na głowie, aby w końcu za łapówkę w wysokości 7 tys. USD, ze względu na stan zdrowia, zwolnić mnie z internowania. Była to wówczas bardzo duża kwota, za którą można było kupić nowego mercedesa, lecz na tyle skuteczna, że po zakończeniu leczenia w Warszawie, nie byłem wzywany ani nachodzony przez SB i milicję.
Do czasu jednak, gdyż po „wylizaniu” ran szybko wróciłem do wcześniejszej działalności. Oprócz dalszego produkowania biżuterii patriotycznej zająłem się także sfinansowaniem trzech podziemnych drukarni. Trzykrotnie przekazałem gotówkę o każdorazowej wartości nowego ówczesnego samochodu Fiat 125p. Po 1990 roku jedną z tych wpłat Andrzej Wróbel – kurier, zwrócił mi, ponieważ - ze względu na pewne komplikacje - trzecia drukarnia nie powstała. Cyklicznie finansowałem produkcję znaczków i kart pocztowych w setkach wzorów, których do dzisiaj, jako filatelista, mam dużą kolekcję. Ten na dużą skalę antyreżimowy sabotaż był stale wspierany jakimiś akcjami. I tak np. demaskowane były osoby, o których miałem potwierdzone informacje, że są w różny sposób zaangażowane w utrzymanie systemu: eSBecy, milicjanci, ormowcy, sekretarze w zakładach pracy itd., będący zazwyczaj anonimowymi dla mieszkańców swoich osiedli. Akcja ich dekonspirowania o kryptonimie „Stokrotka” polegała głównie na wysyłaniu im kartek pocztowych z życzeniami np. „Z okazji 35-lecia powstania SB zasłużonemu współpracownikowi najlepsze życzenia składa minister MSW Czesław Kiszczak”. Kartki były dodatkowo rozrzucane po całej okolicy zamieszkania takiego osobnika. Często na drzwiach mieszkań malowane były rożne słowa, np.: „tu mieszka eSBek”, „ORMOWIEC”, „UWAGA KAPUŚ”. Była to bardzo skuteczna akcja, bowiem wielu zdekonspirowanych nagle znikało ze swojego osiedla. Akcję „Stokrotka” wdrożyłem też w wielu innych miastach, w których miałem zaufanych ludzi, m.in. w Katowicach, Sosnowcu, Wrocławiu, Częstochowie, Łodzi, a nawet w Gdańsku. Za pośrednictwem kurierów dostarczane tam były kartki pocztowe, ulotki, plakaty, a nawet pieniądze przeznaczone dla osób, które po zwolnieniu z pracy, były w ciężkiej sytuacji materialnej. W Warszawie akcja największe rozmiary przybrała w dzielnicy Praga Południe, aż po Otwock. Tu bowiem od lat mieszkałem i najlepiej znałem tę część stolicy. To tam chodziłem do szkół, klubów sportowych, a także do knajp, w których od osób w nich zatrudnionych uzyskiwałem interesujące mnie informacje. W swojej pracowni złotniczej zatrudniałem po przeszkoleniu kilka osób wyrzuconych za działalność związkową z dużych państwowych zakładów pracy, m.in. Jana Otkało wyrzuconego z Ursusa, Andrzeja Drygalskiego z kombinatu POLSREBRO, czy Sławomira Wiśniewskiego ze ZWARU w Międzylesiu. Także i od nich, oraz od siatki informatorów miałem informacje, kto gorliwie wysługuje się reżimowi, a przede wszystkim gdzie mieszka. Już od 1983 roku moja pracownia o powierzchni 140 m² i zatrudniająca ok. 30 osób była w tej branży największa w Polsce. Produkując na dużą skalę biżuterię srebrną, sprzedawaną za pośrednictwem najpierw spółdzielni „Relax”, a później „Centrum”, wyspecjalizowałem się w historycznej biżuterii patriotycznej. Była ona za pomocą kilku zaufanych akwizytorów sprzedawana w setkach prywatnych sklepów w całej Polsce. Dodatkowo w zakonspirowanej pracowni w Wesołej, w adoptowanym do tego celu lokalu, produkowane były masowo z białego metalu znaczki „Solidarności”, szpilki z literą V i inne gadżety niepodległościowe. Były one bezpłatnie rozprowadzane po całej Polsce, głównie przez zaufanych właścicieli sklepów, których znałem od kilku lat, jako odbiorców mojej srebrnej biżuterii.
Po zniesieniu Stanu Wojennego 22 lipca 1983 roku i zwolnieniu pozostałych internowanych, było już wiadome, że odrodzenie się „Solidarności” to tylko kwestia czasu. Nadal jednak trwały represje. Działalność mojej legalnej firmy została dostrzeżona przez SB. W konspiracyjnej prasie opublikowano zdjęcia biżuterii patriotycznej, którą ja produkowałem z informacją, że jest to element sabotażu wobec reżimu. W krótkim czasie doczekałem się rewizji SB. Rekwirowali oni całe kilogramy gotowej do sprzedaży biżuterii, nie tylko patriotycznej, ale również całej pozostałej. Nigdy też mi jej nie zwrócono. Na jesieni 1985 roku dwukrotnie zostałem przez SB zatrzymany w pracowni i przewieziony na wielogodzinne przesłuchania przy ul. Rakowieckiej i Okrzei w Warszawie. Ponownie tłumaczyłem, że biżuteria patriotyczna jest historyczną kopią z okresu po powstaniu styczniowym, okazując zgromadzoną na ten temat literaturę. Podczas tych przesłuchań zostałem dwukrotnie pobity pięściami, ponieważ wulgarnie odpowiadałem na propozycje współpracy. Drwiąc sobie z eSBeków, domagałem się od nich na piśmie wydania zakazu produkowania biżuterii patriotycznej. W latach 1984-1986 wielokrotnie miałem rewizje milicji z Wydziału Przestępstw Gospodarczych, szukających na mnie różnych haków. Byli to milicjanci z Komendy przy ul. Grenadierów w Warszawie. W sumie doliczyłem się 27 rewizji i zatrzymań do wyjaśnienia na 48 godzin. Od jesieni 1985 roku SB już mnie osobiście nie nękała. Szybko bowiem znaleziono inną formę represji. Nagle, jak za przyłożeniem czarodziejskiej różdżki, rozpoczęły się na moją pracownię naloty – kontrole z Urzędu Skarbowego przy ul. Mycielskiego na Pradze Południe. Dobrze poinstruowani urzędnicy przez kilka dni warzyli i liczyli surowce, wyroby w produkcji i gotowe, sprawdzali rachunki ich zakupu, wnikliwie przeglądali całą księgowość firmy, czepiając się najdrobniejszych szczegółów. Sporządzali kłamliwe raporty z kontroli, naliczali gigantyczne kary, którymi natychmiast zajmował się dział Egzekucji Urzędu Skarbowego. Musiałem zwykle w ratach płacić ogromne kary finansowe, ponieważ moje odwołania do Izby Skarbowej nie wstrzymywały obowiązku ich płacenia. Byłem stałym goście Urzędu Skarbowego, gdzie w krótkim czasie poznałem z imienia i z nazwiska wszystkich urzędników. Kontrole firmy odbywały się trzy, cztery razy w roku. Doszło do tego, że jak któryś z urzędników dowiedział się, że znowu ma być wysłany na kontrolę do mojej pracowni, to szybko szedł na zwolnienie lekarskie. Trzeba przyznać, że miałem pełną życzliwość szeregowych pracowników Urzędu Skarbowego, a nawet kilku kierowników, którzy nawet doradzali mi jak mam się bronić przed taką eskalacją szykan. To właśnie ówczesny kierownik Działu Egzekucji dał mi wizytówkę adwokata Eugeniusza Imielskiego, jako specjalisty w dziedzinie karno-skarbowej i obowiązujących przepisach dotyczących prowadzenia działalności gospodarczej. Adwokat Imielski okazał się nie tylko wysokiej klasy fachowcem, ale całym sercem zaangażował się w obronę interesów mojej firmy, doskonale rozumiejąc jakie są prawdziwe przyczyny szykan. Razem z biegłą księgową co najmniej dwa razy w tygodniu przeglądał dokumentację firmy. Napisał 6-7 odwołań do Izby Skarbowej na szachrajstwa Urzędu Skarbowego przy ul. Mycielskiego, w postaci pokontrolnych raportów i gigantycznych kar. W tym samym czasie również 3 – 4 razy do roku miałem kontrole z Inspekcji Pracy, czepiającej się wszystkiego co miało mi skutecznie uniemożliwić prowadzenie pracowni złotniczej. Ciągłymi odwołaniami musiałem bronić się przed ich bzdurnymi raportami, robić pomiary uciążliwości pracy każdego z urządzeń, pomiary zapylenia, czystości wody i powietrza. Inspektorzy z miarką mierzyli wielkość pomieszczeń, przeliczali powierzchnię pracowni na jednego zatrudnionego. Sprawdzali szafki ubraniowe podczas każdej wizyty. Mierzyli nawet temperaturę wody w pomieszczeniach socjalnych, w tym i w natryskach. Pracownia była jednak wzorowo urządzona i kontrole zakończyły się, gdy przy otwartych drzwiach pokoju kierownika Oddziału nawrzucałem mu od bolszewickich szmat i zagroziłem, że jak nie zaprzestanie kontroli, to będzie najbardziej znaną kanalią w miejscu swojego zamieszkania. Tłumaczył się bowiem, że dostaje częste telefoniczne ponaglenia, mówiąc do mnie „sam Pan wie skąd”, aby zlikwidować moją pracownię. Do akcji stałych szykan w tym czasie włączył się II Oddział ZUS przy ul. Podskarbińskiej 1 w Warszawie. Wzorem Urzędu Skarbowego i Inspekcji Pracy rozpoczęły się cykliczne kontrole ZUS. Było ich kilka, zawsze bardzo agresywne i upokarzające. Oprócz stałego drobiazgowego sprawdzania nie tylko dokumentacji dotyczącej zatrudnienia kilkudziesięciu pracowników, inspektorzy przeprowadzali ze wszystkimi pracownikami rozmowy bez mojego udziału, wypytując ich o najdrobniejsze szczegóły. Grozili odpowiedzialnością karną, zadawali podchwytliwe pytania, a nawet nakłaniali do mówienia kłamstw. Widać było, że nie są to normalne kontrole, tylko na polecenie dyrekcji, mające znaleźć haki na moją firmę. W ciągu 2-3 lat było ich kilka. Zawsze przychodziły na nie 3-4 osoby! Po jednej z takich kontroli dostałem poufną informację od kobiety będącej na takiej kontroli, że dyrekcja wykonuje telefoniczne polecenia SB, a wśród osób przeprowadzających kontrole jest zawsze eSBek. Pamiętam, że przyjechała do mnie późnym wieczorem i rozmawiałem z nią krótko przed domem. Przepraszała i tłumaczyła, że musi wykonywać polecenia dyrekcji, a eSBek zawsze patrzy jej „na ręce”. Tego rodzaju szykany były bardzo uciążliwe, powodowały stres i straty finansowe.
Teren mojej posesji nie był jeszcze ogrodzony, doszło w tym czasie do dwóch prób podpalenia domu i przyległej do niego pracowni. Po wybiciu szyb wrzucono do środka butelki z benzyną. Musiałem szybko ogrodzić posesję i niezwłocznie zainstalować oświetlające ją lampy. Wprowadziłem również nocną zmianę, a pracownia funkcjonowała także w dni wolne od pracy. Wszystko po to, aby przy okazji miała zapewnioną całodobową ochronę. Pomimo tego kilka razy „nieznani sprawcy” obrzucili ją kamieniami i powybijali szyby w zaparkowanych samochodach. Wnoszenie skarg na komisariacie i komendzie milicji nie przynosiło żadnych rezultatów. Nigdy nie ustalono winnych tych zajść. Musiałem nawet ich zaprzestać, ponieważ milicjanci zaczęli nachodzić pracownię pod pretekstem szukania sprawców. Wielokrotnie również przeszukiwali samochody i osoby przyjeżdżające do pracowni w różnych sprawach. To wśród nas szukali sprawców podpaleń i wybijania szyb! Kilkadziesiąt zatrudnionych u mnie osób zżytych było jak jedna wielka rodzina, wszyscy bardzo dobrze się znali. Nie było w tym gronie żadnych przypadkowych osób i - jak się okazało po latach - SB nie miała wśród pracowników firmy donosiciela. Dyrektorka II Oddziału ZUS-u dopięła jednak swego, niszcząc mi bezprawnie w 1991 roku pracownię złotniczą, przekształconą w spółkę z o. o. Bezzasadnie wielokrotnie naliczała kary, doprowadzając spółkę zatrudniającą już wówczas ponad 200 osób do upadłości. Takie to były czasy, że ówczesny aparat terroru to nie tylko SB, czy ZOMO, ale i różnego szczebla PZPR-owcy – sekretarze, aktywiści, osoby zajmujące kierownicze stanowiska w instytucjach państwowych. Przecież przypadkowa osoba bez partyjnej rekomendacji nie mogła zostać naczelnikiem Urzędu Skarbowego dużej, bo liczącej ok. 300 tys. mieszkańców dzielnicy Warszawy – Praga Południe. Nie mogła zostać też dyrektorem oddziału ZUS czy Inspekcji Pracy. Na takich stanowiskach mieli zawsze swoich ludzi, zwykle członków PZPR, którzy bez skrupułów realizowali polecenia wydawane przez telefon.
Niestety akcji „Stokrotka” nie mogłem zastosować wobec ówczesnych szefów Urzędu Skarbowego, ZUS czy Inspekcji Pracy na Pradze Południe, która z jednej strony mogła się przyczynić do przerwania szykan, ale z drugiej doprowadzić do ustalenia przez SB jej źródła. Trochę szkoda, bo dzisiaj związani z reżimem w tamtych czasach ludzie pozostają anonimowi i mają wysokie emerytury. Znam jednak ich nazwiska i niewykluczone, że zostaną one opublikowane na przygotowywanej stronie internetowej. W tym piśmie musiałem pominąć nazwiska wielu osób, które ze mną w tamtych czasach współpracowały, narażały samych siebie, swoje rodziny i firmy, których były właścicielami. Część z tych osób prowadzi je do dzisiaj, część pracuje z tytułami naukowymi na wyższych uczelniach, a jeszcze inne wyjechały z Polski . Wątpliwe jest bowiem, aby w czasach III R.P. chciały ujawnić swoje nazwiska, w czasie gdy żyją, a często i zajmują wysokie stanowiska, ich oprawcy z czasów PRL-u.
Reasumując, w dużym skrócie, mogę śmiało napisać, iż moją pracą dobrze przysłużyłem się Ojczyźnie. Nigdy nie byłem znanym działaczem opozycji, a nawet - zdając sobie sprawę jak jest ona inwigilowana - stroniłem od kontaktów z bardziej znanymi jej przedstawicielami. Zapewne to z tego powodu nigdy nie zostałem złapany „za rękę” z kompromitującymi materiałami, także jako kurier wożący „bibułę”. Zaliczyłem także krótkie 48-godzinne zatrzymania m.in. na komendach w Sosnowcu czy Strzelcach Opolskich. Robiłem konkretną codzienną niepodległościową pracę, jako jeden z tysięcy podobnych do mnie moich rodaków. Przeglądając swoją teczkę z IPN, jako uprawniony do tego kandydat na urząd Prezydenta R.P. w 2005 roku, zdziwiony byłem, że nie zawiera ona żadnych donosów na mnie. Doznałem jednak tylu upokorzeń, szykan i stresów, co stało się przyczyną, że obecnie w wieku 51 lat, jestem już rencistą z kwotą miesięczną 498 zł. I nie ukrywam swojego rozgoryczenia jak ciągle słyszę, że, także i moi, prześladowcy z PRL-u mają teraz po kilka tysięcy comiesięcznej emerytury.
Leszek Bubel
Załączniki:
1. artykuł o biżuterii patriotycznej
2. decyzja o internowaniu
3. zawiadomienie z IPN o statusie pokrzywdzonego
|