Naszym głównym tytułem prasowym jest ogólnopolski tygodnik narodowy


Posłuchaj
 



TYLKO POLSKA


Oto inne nasze gazety ukazujące się co 2 miesiące, będące aktualnie w sprzedaży:








 
SZCZEGÓLNIE GORĄCO POLECAMY


Linki

Sondy
Którą nację lubisz?
 

Która z partii politycznych ma największy procent mniejszości narodowych
 

Ile osób narodowości żydowskiej mieszka w Polsce?
 

Jaki procent mediów w Polsce jest całkowicie w polskich rękach?
 

Jaki procent prawdy podają media o. Rydzyka?
 

Które media podają prawdę?
 

Cz czytasz gazety redagowne przez Leszka Bubla?
 

Czy w Polsce powinny ukazywać się gazety narodowe redagowane przez Leszka Bubla?
 

Czy Leszek Bubel za wyrażanie swoich opinii powinien pójść do więzienia?
 

Czy w Polsce mamy wolność publikacji i wyrażania opinii?
 

Czy jesteś za ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego?
 

Czy w Polsce powinna działać bez prokuratorsko-politycznych szykan Polska Partia Narodowa?
 

Czy wiesz co to jest narodowa opcja?
 

Który utwór z płyty zespołu "Leszek Bubel Band" pt. "Longinus Zerwimycka" jest najlepszy?
 

Który utwór z 3. płyty "Leszek Bubel Band" W hołdzie NSZ pt. "Biało-Czerwona krew" jest najlepszy?
 

Prawo na telefon | Drukuj |

W latach PRL opowiadano anegdotę o aplikancie, który przyszedł po radę do doświadczonego prokuratora. Co jest najważniejszym źródłem prawa, do którego w pierwszej kolejności powinniśmy się odwoływać - zapytał. - Konstytucja? Kodeks? Ustawy? Zapytany spojrzał nań z politowaniem i odrzekł: - Powiem ci, Józiu, prywatnie, bo cię lubię. Najważniejszy jest telefon. Z góry.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości mieli zagwarantować, że takie anegdoty będą opowiadane jedynie jako żarty. Obiecywali jawność i przejrzystość życia publicznego. Zapewniali, że wypowiedzą wojnę koteriom i układom. Gwarantowali, że za ich rządów nie będzie świętych krów. Mieli być wolni od grzechów, które doprowadziły do upadku baronów z SLD: kumoterstwa, prywaty, podejrzanych interesów. Zarzekali się, że skończą z instrumentalnym traktowaniem prawa. Z telefonami do prokuratorów i policjantów, zmuszanych do zginania karku przed władzą.

I dlatego m.in. zdobyli władzę. Ale historia, którą opisujmy, pokazuje, jak szybko grzechy III RP przeniosły się na IV RP. I jak wielką rolę w nowej Polsce wciąż odgrywa zwykły telefon. To za jego pomocą można opóźnić postawienie prokuratorskich zarzutów partyjnemu koledze, by mógł spokojnie walczyć o fotel prezydenta dużego miasta. To za jego pomocą wbrew prawu można w końcu zarzuty te cofnąć. A na dodatek można zrobić to bezpośrednio z gabinetu prokuratora krajowego, który dziś jest ministrem spraw wewnętrznych i administracji.

Sprawa zaczęła się dziewięć lat temu w Białymstoku. "wczesny prezydent miasta, a dzisiejszy wpływowy poseł PiS Krzysztof Jurgiel, eksminister rolnictwa, wraz z zarządem zdecydował o modernizacji miejskiego zakładu utylizacji odpadów i utworzeniu na jego terenie ultranowoczesnej oczyszczalni ścieków, opartej na technologii podwójnej odwróconej osmozy. Nie wdając się w szczegóły techniczne - chodziło o to, by oczyszczone ścieki mogły trafiać nie do kanalizacji, ale bezpośrednio do rzek, nie stanowiąc dla nich zagrożenia. W drodze przetargu wybrano poznańską spółkę Arka, a na realizację całej inwestycji, zakładającej również inne prace modernizacyjne, miasto wzięło kredyt w Banku Ochrony Środowiska. W trakcie budowy okazało się jednak, że Arka przeliczyła się z możliwościami. Wtedy jej szefowie zaproponowali kolejnemu (również prawicowemu) zarządowi miasta technologię pojedynczej osmozy, zapewniając, że opracują samodzielnie rozwiązania, które przyniosą taki sam efekt, jak osławiona odwrócona osmoza. Władze Białegostoku wyraziły zgodę mimo poważnych wątpliwości, które oficjalnie zgłosił właściciel patentu na technologię oczyszczania, firma Pall Rochem, a także gwarantujący kredyt Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

28 września 2001 r. w Hryniewiczach, gdzie miała powstać oczyszczalnia, zebrała się komisja. Przybyli: wiceprezydent Białegostoku Krzysztof Sawicki, wspierany przez dwóch urzędników miejskich, przedstawiciele Arki, trzech inspektorów budowlanych plus zarząd miejskiej spółki "Lech", która miała przejąć użytkowanie oczyszczalni. Na czele delegacji "Lecha" stał prezes Krzysztof Putra, dzisiejszy wicemarszałek Senatu z ramienia PiS. Po naradzie wszyscy podpisali protokół odbioru końcowego inwestycji. Wyraźnie zaznaczyli przy tym, że odebrany obiekt "nie posiada wad trwałych, niedających się usunąć". W dokumencie czytamy także m.in., że "oczyszczalnia odcieków jest wykonana i znajduje się w fazie rozruchu technologicznego. (...) Przekazanie końcowe zamawiającemu i użytkownikowi nastąpi po zakończeniu rozruchu".

Protokół opisywał fikcję, a wszyscy, którzy go parafowali, potwierdzili nieprawdę. W dniu odbioru oczyszczalnia nie była w trakcie rozruchu, nie działała i nie działa do dzisiaj, mimo że władze Białegostoku zapłaciły Arce 4 mln zł. Jak udało się ustalić "Newsweekowi", dokument został podpisany tylko po to, by Bank Ochrony Środowiska mógł uruchomić ostatnią ratę kredytu w wysokości 1,4 mln, którą można było wypłacić do 30 września.

Jakby tego było mało, 25 kwietnia 2002 r. zebrała się kolejna komisja odbiorcza, a w jej składzie wiceprezydenci Krzysztof Sawicki i Marek Kozłowski oraz prezes Krzysztof Putra. Po raz kolejny potwierdzili nieprawdę, dokonując ostatecznego odbioru i stwierdzając na piśmie, że inwestycja została wykonana zgodnie z umową i nie zawiera niedających się usunąć wad. Co prawda, w protokole zaznaczono, że oczyszczalnia nie działa, ale przyjęto za dobrą monetę zapewnienia Arki, że wszelkie usterki zostaną usunięte w ciągu sześciu miesięcy. Jednak Arka nie wywiązała się z obietnicy. Zamiast tego spółka padła, a miasto nie odzyskało utopionych pieniędzy.

Dlaczego uczestnicy obu komisji zdecydowali się podpisać protokoły odbioru? Marszałek Putra zapewnia, że inwestycję odbierało miasto, a on jedynie parafował umowę jako przyszły użytkownik, zwracając przy tym uwagę na liczne usterki. Nie może więc ponosić odpowiedzialności. Z kolei Kozłowski i Sawicki twierdzą, że podpisali protokół z wyraźnym zastrzeżeniem, że jak oczyszczalnia nie zadziała, Arka zwróci 2,8 mln zł. Obaj tłumaczą, że nie mogli przewidzieć, iż firma padnie.

Kiedy sprawdził się czarny scenariusz, a warta 4 mln inwestycja okazała się klapą, w sprawę zaangażowała się Najwyższa Izba Kontroli. Jej inspektorzy i prawnicy nie mieli wątpliwości, że urzędnicy miejscy nie dopełnili obowiązków, narażając miasto na straty oraz poświadczyli nieprawdę w dokumencie odbioru oczyszczalni. NIK zwróciła szczególną uwagę na fakt, iż zarząd miasta przyjął za dobrą monetę zapewnienia Arki, że oczyszczalnia rozpocznie działalność mimo zmiany technologii. Nie zlecił żadnej niezależnej ekspertyzy, zignorował też wątpliwości Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska oraz właściciela patentu. Nie zwrócił uwagi nawet na fakt, że podjęte przez Arkę próby przeprowadzenia rozruchu technologicznego skończyły się awarią rurociągu i przepompowni.

13 grudnia 2005 r. - a więc tuż po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych i prezydenckich - NIK złożyła w prokuraturze oficjalne zawiadomienie o przestępstwie. I tu zaczyna się pierwsza afera IV RP. W prokuraturze sprawa dotycząca prominentnych polityków zwycięskiej partii od samego początku traktowana była jak zgniłe jajo. Najpierw przez trzy miesiące krążyła między prokuraturami rejonowymi, by trafić w końcu do okręgowej. Kiedy w październiku 2006 r. prokurator Izabela Bohdziewicz otrzymała opinię biegłych, którzy potwierdzili zarzuty NIK, zdecydowała się wydać postanowienie o przedstawieniu zarzutów wiceprezydentom Kozłowskiemu i Sawickiemu, a także trzem innym urzędnikom. Problem w tym, że zbliżały się wybory samorządowe, w których Kozłowski startował jako oficjalny kandydat PiS na prezydenta. Jego konkurentem - jako kandydat ugrupowań katolickich - był... Sawicki. Sprawa stała się polityczna, zwłaszcza że w tle było jeszcze nazwisko Putry, przewidzianego na razie jako świadek w postępowaniu (bo podpisując protokół, nie był urzędnikiem).

Jak z rozbrajającą szczerością przyznaje Sławomir Luks, prokurator apelacyjny w Białymstoku, właśnie wtedy doszło do narady z zastępcą prokuratora okręgowego Andrzejem Burą. Wspólnie zdecydowali, że lepiej byłoby, gdyby po postawieniu zarzutów sprawę przenieść poza Białystok. Tak też się stało, jednak wcześniej obaj prokuratorzy zrobili coś jeszcze. Nie chcąc przeszkadzać Kozłowskiemu i Sawickiemu w walce o prezydenturę Białegostoku, wstrzymali decyzję o ogłoszeniu zarzutów. Wyborcy nie dowiedzieli się więc, że prawicowi kandydaci mogą mieć kłopoty z prawem. Wezwania do wszystkich zamieszanych w aferę osób wysłano dopiero trzy dni po drugiej turze wyborów, w której Kozłowski - kandydat PiS - przegrał z Tadeuszem Truskolaskim z PO. Jak ustaliliśmy, zarówno Kozłowski, jak i Sawicki wzywani byli w charakterze podejrzanych. Podczas przesłuchania przewidzianego na 12 grudnia prokurator Bohdziewicz miała im przedstawić zarzut niegospodarności. I wtedy doszło do kolejnej zaskakującej sytuacji. Przesłuchania zostały odwołane. Telefonicznie.

Decyzję wstrzymał osobiście najważniejszy prokurator na Podlasiu, Sławomir Luks. Jak sam przyznaje, zrobił to przez telefon wprost z gabinetu prokuratora krajowego Janusza Kaczmarka, dziś ministra spraw wewnętrznych i administracji. Wspólnie ustalili też, że akta sprawy trafią do Prokuratury Krajowej, która zdecyduje, co dalej zrobić ze śledztwem.

- To absurdalna sytuacja. Jeszcze się z czymś takim nie spotkałem - mówi prof. Zbigniew Hołda, karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Artykuł 313 kodeksu postępowania karnego mówi wyraźnie, że postanowienie o przedstawieniu zarzutów należy ogłosić podejrzanemu niezwłocznie i od razu go przesłuchać. Nie można tak po prostu wstrzymać wykonania postanowienia.

Minister Janusz Kaczmarek tłumaczy jednak, że ważniejsza od zasady "niezwłoczności" jest bezstronność śledztwa, dotykającego lokalnych polityków. Dlatego też postanowił wstrzymać działania podlaskiej prokuratury i wysłać 26 tomów akt do... Rzeszowa. Jak ustalił "Newsweek", tamtejsi prokuratorzy analizują obecnie, czy da się utrzymać zarzuty postawione w Białymstoku. Co ciekawe, choć prawnicy NIK-u nie mieli wątpliwości, że oprócz niegospodarności i niedopełnienia obowiązków urzędnicy dokonali również poświadczenia nieprawdy w protokole odbioru oczyszczalni, to akurat na ten temat dokumenty prokuratury milczą. Urzędnikom w ogóle nie postawiono takiego zarzutu. Czyżby dlatego, że na protokołach znalazło się również nazwisko PiS-owskiego wicemarszałka Senatu, więc i jego trzeba by oskarżyć?

O komentarz do decyzji prokuratorów Luksa i Kaczmarka poprosiliśmy Arkadiusza Mularczyka z PiS, wiceprzewodniczącego Sejmowej Komisji Sprawiedliwości. Zastosowaliśmy jednak fortel.

W rozmowie z posłem zmieniliśmy ważny szczegół: bohaterem afery uczyniliśmy polityka SLD.

- To jest kompromitacja. Nijak się to ma do przepisów kodeksu postępowania karnego - skomentował poseł działania prokuratury, która czekała z postawieniem zarzutów do zakończenia wyborów. Skrytykował także cofnięcie wezwań podejrzanemu politykowi i przeniesienie sprawy do innej apelacji. - Takiej decyzji nie podejmuje się na końcowym etapie śledztwa, ale na początku. Jeśli jest tak, jak pan mówi, to jest to raczej niespotykana praktyka.

Musimy przyznać, że poseł zachował się po męsku. Kiedy ujawniliśmy naszą prowokację, nie zaczął się gwałtownie wycofywać ze swoich opinii.

Na nieprawidłowości w działaniach białostockiej prokuratury w tej sprawie od tygodni zwraca uwagę poseł PiS Krzysztof Jurgiel. Rozmawiał już o tym - co sam przyznaje w rozmowie z "Newsweekiem" - i z ministrem Zbigniewem Ziobrą, i z prokuratorem Kaczmarkiem. Czy robi to tylko w trosce o prawo i sprawiedliwość? Raczej w trosce o swoją pozycję w Prawie i Sprawiedliwości. Dla nikogo w Białymstoku nie jest tajemnicą, że Jurgiel od lat ostro konkuruje z Putrą o wpływy na Podlasiu.

Krzysztof Jurgiel od wielu tygodni stara się władzom PiS i szefom Ministerstwa Sprawiedliwości przedstawiać Białystok jako miasto, w którym powstaje szara pajęczyna. Odpowiadać ma za to prokurator Luks, który zdaniem Jurgiela ochrania urzędników związanych z Putrą. Utwierdzają go w tym liczni informatorzy z koszmarnie skonfliktowanej białostockiej prokuratury, którzy o swoim szefie mówią "obrotowy". Nie bez przyczyny.

Sławomir Luks zaczął robić karierę za AWS, kiedy ministrem sprawiedliwości był Lech Kaczyński. Został wtedy zastępcą prokuratora okręgowego. I choć po kilku miesiącach w wyniku zawirowań politycznych wewnątrz AWS stracił stanowisko razem z całym szefostwem białostockiej prokuratury, powrócił do łask pod koniec rządów solidarnościowych, gdy decyzją ministra Stanisława Iwanickiego został powołany na stanowisko prokuratora Prokuratury Apelacyjnej. Wybory w 2001 r. i zwycięstwo SLD nie były końcem świata dla Luksa. Już w lipcu 2002 r. został p.o. szefem okręgówki, a z oficjalną nominacją trzy miesiące później przyjechał osobiście minister sprawiedliwości Grzegorz Kurczuk. Luks cieszył się wtedy szczególnym zaufaniem zastępcy prokuratora krajowego Kazimierza Olejnika.

Gdy do władzy doszło PiS, wydawało się, że dni Luksa są policzone, zwłaszcza że leciały kolejno głowy niemal wszystkich prokuratorów apelacyjnych. A jednak Luks się uchował. Oficjalnie dzięki bardzo dobrym ocenom, jakie podlaska prokuratura od dawna otrzymuje od zwierzchników z ministerstwa. Nieoficjalnie - także dzięki trwającej od lat znajomości Luksa z Januszem Kaczmarkiem. Na jego zaufaniu nie odbiły się ujemnie ani oskarżenia podwładnych, ani nawet ostatni skandal związany z osobą prokuratora Bazylego Telentejuka, holowanego od dawna przez Luksa. Prokurator ten zasłynął w ubiegłym roku, kiedy "Kurier Poranny" zarzucił mu, że w 2001 r. wypuścił z aresztu i oddał paszport Mirosławowi P., podejrzanemu o wyłudzenie ponad 700 tys. zł. Według oficjalnej wersji podejrzany obiecał, że wyjedzie do USA i zarobi na zwrot pieniędzy swoim ofiarom. I wyjechał, tyle że od razu zapadł się pod ziemię i dopiero po wystawieniu międzynarodowego listu gończego ujęło go FBI. Aferzysta został sprowadzony do Polski dopiero w wyniku bardzo kosztownej procedury ekstradycyjnej. A to nie był jedyny wypuszczony przez Telentejuka przestępca, który od razu rozpłynął się w powietrzu.

Ale Sławomir Luks nigdy nie miał żadnych wątpliwości co do uczciwości Telentejuka i powołał go w ubiegłym roku na stanowisko szefa nadzoru nad postępowaniami przygotowawczymi. Dziś ocenia pracę innych śledczych.

Nikomu w ministerstwie nie przeszkadza polityka kadrowa Luksa. Ani nawet to, że w Krakowie toczy się śledztwo w sprawie nieprawidłowości na terenie białostockiej Prokuratury Apelacyjnej. Jak ustaliliśmy, w sprawie zeznawało już kilku podwładnych Luksa, którzy zarzucają mu wywieranie presji, upokarzanie podwładnych i nakłanianie do umarzania niektórych śledztw.

Pomimo tego, coraz częściej mówi się, że Luks mógłby objąć jakieś ważne, kierownicze stanowisko w Prokuraturze Krajowej. W tym kontekście przeniesienie sprawy oczyszczalni do Rzeszowa może tylko mu pomóc. Nie będzie źródłem kolejnych konfliktów. A że przy okazji odwlecze się wyjaśnienie afery? Trudno. Dziś nie czas na prawo i sprawiedliwość... Grunt to lojalność i dyspozycyjność.

Marek Kęskrawiec


Newsweek nr 9/2007

 

 


« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Przejdź do sklepu
 
A TY JUŻ ODWIEDZIŁEŚ STRONĘ
LESZKA BUBLA NA FACEBOOKU?

Ostatnio dodane
APEL DO WSZYSTKICH UCZCIWYCH LUDZI

SZANOWNI PAŃSTWO,

W dniu 20 maja 2014 r. w Sądzie Rejonowym dla m.st. Warszawy na godz. 10.15 w sali 203 miałem wyznaczony termin posiedzenia pojednawczego w sprawie, którą wytoczył mi Stanisław Sołtysiński.
Pod salą Stanisław Sołtysiński bezpardonowo mnie zaatakował, używając przemocy, naruszył moją nietykalność cielesną i spowodował uszczerbek. Był to typowo chuligański wybryk ze strony Stanisława Sołtysińskiego. Stanisław Sołtysiński przybył do Sądu w towarzystwie swoich przydupasów w liczbie dwóch, którzy mogli widzieć to zdarzenie, ale na pewno zrobią wszystko, żeby chronić przed obliczem wymiaru sprawiedliwości swojego pryncypała i mnie oczernić. Wobec tego apeluję do wszystkich z Państwa, którzy byli tego dnia w Sądzie Rejonowym dla m.st. Warszawy i widzieli to zdarzenie, żeby zdobyli się na odwagę i do mnie zadzwonili. Szukam świadków tego zdarzenia.
Z góry dziękuję za pomoc
Leszek Bubel
tel. kom.: 506 219 698




Pamięci Roberta Larkowskiego
WSTĄP DO POLSKIEJ PARTII NARODOWEJ
LISTA 100 PEDZIÓW I LESBIJEK WG. LESZKA BUBLA
JESTEM HOMOFOBEM
(słowa i wokal Leszek Bubel)
HYMN EMIGRACJI

 
 
MILIONY, MILIONY...
 








Ciekawe artykuły
Wiadomości Świat
Paranoje
SPRZEDAŻ WYSYŁKOWA KSIĄŻEK
niepoprawnych politycznie

do pobrania (pdf)




  






 

POLSKI PUB
TO JUŻ HISTORIA



 
 
You Tube

 Zobacz! Nasze piosenki i teledyski na portalu YouTube


"Szabas goj"
słowa, muzyka Leszek Bubel


"Hymn kibiców - do boju Polsko"
słowa,muzyka, Leszek Bubel
)


"Polak, Węgier dwa bratanki"
słowa,muzyka, wokal Leszek Bubel


Biało-czerwona krew
Słowa, muzyka, wokal: Leszek Bubel






















Chłopcy silni jak stal
Muzyka: Leszek Bubel

Panie Romanie Wielkiej Polski Hetmanie
Słowa, muzyka, wokal (nr 3): Leszek Bubel

Hymn PolskiejPartiiPrzyjaciół Piwa
Słowa, muzyka, wokal: Leszek Bubel

Najpiękniejsze są Słowianki
Słowa, muzyka: Leszek Bubel

Polska na tarczy  (wymagane konto na YT)
Słowa, muzyka: Leszek Bubel

Jestem homofobem (wymagane konto na YT)
Słowa, muzyka, wokal: Leszek Bubel

Hymn emigracji
Słowa, muzyka: Leszek Bubel

Okupacja – go to hell!
Słowa, muzyka, wokal: Leszek Bubel

Masakra
Słowa, muzyka: Leszek Bubel

Bolek Wałęsa
Słowa, muzyka: Leszek Bubel

Rebe Muchomorek
Słowa, muzyka, wokal: Leszek Bubel

Epitafium dla LPR
Słowa, muzyka: Leszek Bubel

Obrzezaj się
Słowa, muzyka, wokal: Leszek Bubel


J...ać PZPN
Słowa, muzyka, wokal: Leszek Bubel

Do boju Polsko
Słowa, muzyka: Leszek Bubel

Szczerbiec
Muzyka: Leszek Bubel


 

6. płyta LBB do pobrania!

Pobierz wszystkie utwory z 6. płyty zespołu "Leszek Bubel Band" pt. "Życie i śmierć dla Narodu"
Wszelkie prawa zastrzeżone. © www.polskapartianarodowa.org
Odwiedza nas 14 gości